Ze zbioru mych ulubionych pogięć wyciągam: „Ciągle nie znalazłem tego, czego szukam”.
Po pierwsze – w pewnym wieku nie wypada już ciągnąć podobnych wyznań. Można przyznawać się do szperactwa sensu życia, gdzieś do granicy lat dwudziestu pięciu. No, jeszcze trochę czasu – półgębkiem. Ale nie dłużej niż do trzydziestki. A później? Nie uchodzi uchodzić za osobnika życiowo niezorientowanego, nie posiadającego jasno określonego sensu życia. I co powiesz swemu dziecku, gdy przyjdzie z pytaniem „Po co i dokąd?”
Lub z drugiej strony. Cóż to za durne stwierdzenie? Od razu cisną się dwa pytania: „A czego ty właściwie szukasz?” i „Dlaczego ciągle nie znalazłeś?” Nie wiadomo, które gorsze. W pierwszym mamy sugestię umysłowo-poznawczego nierozgarnięcia. W drugim – być może – aluzję do działania przemożnej siły lenistwa.
Po trzecie – sformułowanie niezwykle modne, fajne, frapujące, ciekawe. Szczególnie wśród intelektualnych elit. Oto osobnik ciągle poszukujący, jakby zadeklarowany w sprzeciwie wobec gnuśnej i nudnej egzystencjalnej stabilizacji. Lecz my plujemy na elity „Tfu, tfu”. I zawsze gotowi bratać się z ludźmi prostymi, dla których ciągle jaśnieje pokusa spędzenia życia w ramach sprawnej wegetacji.
Po czwarte – owo „Ciągle nie znalazłem…” jest jak nieustanne czytanie wyłącznie wstępu w jakiejś pasjonującej powieści. Coś, „czego szukam” cały czas pozostaje do zagospodarowania. Znaleźć – stanowi dopiero początek przygody o nazwie „zdobyć, przeżyć, tworzyć”. Nie warto, więc całe życie swe szukać – bo zajęcie nudne i samo w sobie – bez sensu.