„Raz jeden”, lub „jednego razu”, lub „chociażby jak gdyby”: pewna śliweczka wpadła na chwilę w gówno.
Nie powiem, żeby jej tam podobało się. W ogóle nie powiem………….. napiszę.
Napisy bowiem sprawiają mi dużą, niekłamaną przyjemność.
Powracając zaś do śliweczki…
Twardo postanowiła z gówna wyprowadzić się, jak najszybciej. Co postanowiła, tego nie spełniła. Jak bowiem małej śliweczce, bez niczyjej pomocy wyjść z wszechogarniającego gówna?
Nie była chętna do pomocy nawet muzyka jazzowa. Z resztą – co taka muzyka mogłaby pożytecznego z siebie dać?
Czuję jednak, że zbyt wiele pytań retorycznych w niniejszej wypowiedzi. Zamiast więc mnożyć pytania nie oczekujące na odpowiedź, szybkim, precyzyjnym ruchem, z użyciem osobistych dwu palcy, wyciągnąłem śliweczkę z gówna.
Miłe złego początki…, jakowoż spojrzawszy z bliska na dzieło mych rąk odczułem z razu potrzebę natychmiastowego nieodwracalnego wyrzygania się. I przystąpiłem do realizacji – ale z zastrzeżeniem: „nikomu, na buty”.
Nic to jednak nie znaczyło dla śliweczki. Czuła się wtedy na tę jedną chwilę najzupełniej wolną, choć nieco cuchnącą, materią…

