W zasadzie nie nazywamy jej tak prostodusznie, prozaicznie, oficjalnie. Nie jest ona dla nas jakąś tam „szlifierką kontową”.
Teściu zwraca się do niej pieszczotliwie – Biaksik.
Podstawową cechą Baksika jest brak jakiejkolwiek użyteczności. Innymi słowy – urządzenie to, na dobrą sprawę, do niczego nie służy. Kto chce ciąć – używa piły. Kto chce szlifować – znajdzie w ofercie wolnoobrotową szlifierkę, pilnik lub kawałek papieru ściernego.
Po drugie – jest śmiertelnie niebezpieczne.
Po trzecie – działając wzbudza chaos.
Wysokoobrotowy silnik elektryczny w plastikowej obudowie, połączony prostopadle, czterema śrubkami z tarczą szlifierską. Całość obsługiwana w formie silnego chwytu ręką i naciśnięcia czarnego guziczka w obudowie. Bez żadnego zabezpieczenia – obracający się kilkanaście tysięcy razy na minutę cierny dysk. Bez żadnego systemu chłodzenia szlifowanego materiału.
Po prostu – czysta moc w twoich rękach. Gdy piłujesz nią jakiś przedmiot nieorganiczny – dajmy na to rurkę stalową – wszystko wokół wypełnia się wysokoenergetycznym dźwiękiem, snopami iskier, chmurą szarego dymu i smrodem palonej materii.
I powiew śmierci lub cierpienia wokół tego.
Początkowo lęk – bo co stanie się, gdy wyjąca maszyna wypadnie z dłoni lub nieopatrznie dotkniesz nią jakiejś części ciała. Po prostu – cała materia organiczna mająca nieszczęście spotkania się z tym badziewiem pomknie w przestrzeń z prędkością kilkunastu tysięcy bitów. Przedtem rozgrzeje się do kilkuset stopni poczciwego Celsiusa.
Potem – poczucie władzy, siły, panowania nad światem. Bo, gdy wibrujący Baksik dzierżysz w garści, nikt mądry nie zbliży się do ciebie, nie podskoczy, nie śmie nawet pomyśleć, że mógłby się jakoś wtrącić w twoją przestrzeń.
Może dlatego Teściu tak kocha ten instrument? Z pewnością w jego hierarchii uczuć Biaksik dzielnie trzyma się przed żoną Teścia, gronem dzieci i wnuków. Taki traf, miłość i poważanie – zdarza się w stosunku do, z pozoru bezdusznych, maszyn…


