Motywy ulotne

Październik 5, 2009

Studium szlifierki kontowej

biaks2W zasadzie nie nazywamy jej tak prostodusznie, prozaicznie, oficjalnie. Nie jest ona dla nas jakąś tam „szlifierką kontową”.

Teściu zwraca się do niej pieszczotliwie – Biaksik.

Podstawową cechą Baksika jest brak jakiejkolwiek użyteczności. Innymi słowy – urządzenie to, na dobrą sprawę, do niczego nie służy. Kto chce ciąć – używa piły. Kto chce szlifować – znajdzie w ofercie wolnoobrotową szlifierkę, pilnik lub kawałek papieru ściernego.

Po drugie – jest śmiertelnie niebezpieczne.

Po trzecie – działając wzbudza chaos.

Wysokoobrotowy silnik elektryczny w plastikowej obudowie, połączony prostopadle, czterema śrubkami z tarczą szlifierską. Całość obsługiwana w formie silnego chwytu ręką i naciśnięcia czarnego guziczka w obudowie. Bez żadnego zabezpieczenia – obracający się kilkanaście tysięcy razy na minutę cierny dysk. Bez żadnego systemu chłodzenia szlifowanego materiału.

Po prostu – czysta moc w twoich rękach. Gdy piłujesz nią jakiś przedmiot nieorganiczny – dajmy na to rurkę stalową – wszystko wokół wypełnia się wysokoenergetycznym dźwiękiem, snopami iskier, chmurą szarego dymu i smrodem palonej materii.

I powiew śmierci lub cierpienia wokół tego.

Początkowo lęk – bo co stanie się, gdy wyjąca maszyna wypadnie z dłoni lub nieopatrznie dotkniesz nią jakiejś części ciała. Po prostu – cała materia organiczna mająca nieszczęście spotkania się z tym badziewiem pomknie w przestrzeń z prędkością kilkunastu tysięcy bitów. Przedtem rozgrzeje się do kilkuset stopni poczciwego Celsiusa.

Potem – poczucie władzy, siły, panowania nad światem. Bo, gdy wibrujący Baksik dzierżysz w garści, nikt mądry nie zbliży się  do ciebie, nie podskoczy, nie śmie nawet pomyśleć, że mógłby się jakoś wtrącić w twoją przestrzeń.

Może dlatego Teściu tak kocha ten instrument? Z pewnością w jego hierarchii uczuć Biaksik dzielnie trzyma się przed żoną Teścia, gronem dzieci i wnuków. Taki traf, miłość i poważanie – zdarza się w stosunku do, z pozoru bezdusznych, maszyn…

Czerwiec 9, 2009

Przygoda śliweczki

„Raz jeden”, lub „jednego razu”, lub „chociażby jak gdyby”: pewna śliweczka wpadła na chwilę w gówno.

Nie powiem, żeby jej tam podobało się. W ogóle nie powiem………….. napiszę.

Napisy bowiem sprawiają mi dużą, niekłamaną przyjemność.

Powracając zaś do śliweczki…

Twardo postanowiła z gówna wyprowadzić się, jak najszybciej. Co postanowiła, tego nie spełniła. Jak bowiem małej śliweczce, bez niczyjej pomocy wyjść z wszechogarniającego gówna?

Nie była chętna do pomocy nawet muzyka jazzowa. Z resztą – co taka muzyka mogłaby pożytecznego z siebie dać?

Czuję jednak, że zbyt wiele pytań retorycznych w niniejszej wypowiedzi. Zamiast więc mnożyć pytania nie oczekujące na odpowiedź, szybkim, precyzyjnym ruchem, z użyciem osobistych dwu palcy, wyciągnąłem śliweczkę z gówna.

Miłe złego początki…, jakowoż spojrzawszy z bliska na dzieło mych rąk odczułem z razu potrzebę natychmiastowego nieodwracalnego wyrzygania się. I przystąpiłem do realizacji – ale z zastrzeżeniem: „nikomu, na buty”.

Nic to jednak nie znaczyło dla śliweczki. Czuła się wtedy na tę jedną chwilę najzupełniej wolną, choć nieco cuchnącą, materią…

Theme: Rubric. Blog na WordPress.com.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.