Motywy ulotne

Wrzesień 12, 2010

Bezchcenie

Chciałbym powiedzieć, że mam wszystko w dupie
Że nic mnie nie obchodzi
I nie przejmuję się wcale
Ale mam już swoje lata
Nie wypada mi przyznawać się do klęski
Właśnie teraz
Gdy od nowa odkrywam przyjemność niewinnego uśmiechu
Rozpostartych niedbale ramion
Kilku szybkich ruchów pióra kreślących wartką linię wiersza

W wolnych chwilach śpię
Czytam Herberta
Lub wyobrażam sobie świat
Niedzielnych popołudni
Zacieniony górski potok
Słowa łatwe i giętkie
Tak, że można je zabrać
Bez chcenia ich powiedzenia

Maj 4, 2010

Anarcho – katolicyzm

Idą wybory. Tą razą szczególnie szczególne. Znowu sypią się kłamstwa. I kiedy będą mówić ludzie “czcigodni” o “wartościach” typu – “ojczyzna”, “patriotyzm”, warto zwrócić uwagę na kilka szczegółów, choćby jak w następującym tekście:

“Do szczególnych zamiarów wybrany przez Boga naród izraelski przez długie wieki nie miał królów i nie czuł potrzeby ich mieć; wystarczali mu starsi rodów i pokoleń, wodzowie, kapłani i sędziowie. Za króla swego ten naród miał tylko Boga jedynego.
Dopiero na przełomie jedenastego i dziesiątego stulecia przed naszą erą coś się zmieniło w Izraelu…”Zebrała się cała starszyzna Izraela i udała się do Samuela.
Odezwali się do niego: Oto ty się zestarzałeś, a synowie twoi nie postępują twoimi drogami; ustanów raczej nad nami króla, aby nami rządził tak, jak to jest u innych narodów… abyśmy byli jak wszystkie narody, aby nas sądził nasz król, aby nam przewodził i prowadził nasze wojny…
Modlił się więc Samuel do Jahwe, Jahwe rzekł do Samuela: Wysłuchaj głosu ludu, bo nie ciebie odrzucają, lecz mnie odrzucają jako króla nad sobą (1Sm 8,4-7; 19-20).I odtąd przez lat kilkaset, Izraelici miewali nad sobą królów, swoich i obcych, i mieszańców, “jak to jest u innych narodów”.

Ale w ludziach prawdziwie pobożnych w Izraelu rosła wypowiadana przez proroków coraz głębsza tęsknota za przemianę, za odnową, za Mesjaszem, za Zbawicielem, za naprawdę Bożym królowaniem nad Izraelem i nad wszystkimi narodami świata. “Bóg Nieba wzbudzi Królestwo, które nigdy nie ulegnie zniszczeniu. Jego władza nie przejdzie na żaden naród. Zetrze i zniszczy ono wszystkie te królestwa, samo zaś będzie trwało na zawsze” (Dn 2,44).

Około roku 110 autor Listu do Diogeneta określi opozycję chrześcijan w tej wspaniałej formule: “Chrześcijanie zamieszkują ziemię, ale tak, jakby przebywali na niej tylko przejściowo. Nie ma obcego kraju, który by nie był dla nich ojczyzną, ani też nie ma ojczyzny, która by nie była dla nich obca”. Nieco później Tertulian wyraża się bardziej dosadnie: “Dla nas, chrześcijan, nie ma nic bardziej obcego niż republika! Uznajemy tylko jedną: republikę wszystkich ludzi, cały świat”…

Ale gdy cesarze rzymscy, zamiast prześladować wierzących w Chrystusa, zaczęli otaczać ich opieką, a nawet udzielać im różnych przywilejów, w społeczności chrześcijańskiej zaczęło się coś chwiać i zmieniać, aż doszło do zaniechania wysiłków zmierzających do realizowania tego Królestwa Bożego, którego słudzy “nie chwytają za miecz i nie biją się nawet w obronie swego Króla”.

Zamiast słuchać głosu Boga jedynego: “Nie będziesz zabijał”, zaczęto słuchać po dawnemu “bogów cudzych” (cesarzy, królów, książąt, panów, wodzów i rządów państwowych), rozkazujących zabijać, i to w imię odpowiedzialności przed historią, nowym najwyższym bóstwem wśród tych fałszywych “bogów cudzych”. A różne filozofie, teologie, autorytety religijne, a później i popularne katechizmy – pochwalały to i zalecały. Tak że prorok izraelski Izajasz mógłby i do narodów “chrześcijańskich” wołać z wyrzutem: “Ręce wasze są pełne krwi” (Iz 1,15).

I tak jest do dnia dzisiejszego…

I zawsze była w Kościele choćby “mała trzódka” wiernych ideałom Królestwa Bożego, takich, jak męczennicy rzymscy Nereusz i Achilles, czy później święty Franciszek z Asyżu i jego naśladowcy…

A dziś, właśnie dziś, zdaje się nadchodzić czas na jasne postawienie sprawy. Na Soborze Watykańskim II Kościół uprzytomnił sobie jeszcze raz, czym Kościół jest: społecznością Jezusa Chrystusa i Ducha Świętego z naszymi biskupami, z Piotrowym następcą na czele i z nami wszystkimi.

Powołaniem Kościoła jest nauczanie wszystkich narodów i szerzenie Królestwa Bożego, a więc takiego Królestwa, “którego słudzy nie chwytają za miecz i nie biją się nawet w obronie swego Króla”. Po krwawych doświadczeniach dwu ostatnich wojen światowych, a jednocześnie gdy tak dużo mówi się o prawach człowieka, nie możemy dłużej znosić niewierności światłom Ewangelii: granicą używania siły fizycznej w obronie własnej i innych ludzi i własnego narodu jest Boskie przykazanie: “Nie będziesz zabijał”.

Wojna dzisiaj, jakąkolwiek bronią byłaby prowadzona, jest bluźnierstwem przeciw Bogu i przeciw człowiekowi….

I “pokój będzie ostatnim słowem historii” (Jan Paweł II).

I kto wie? Czy upragnione zjednoczenie wyznań chrześcijańskich, w jednym świętym Kościele Powszechnym nie nastąpi dopiero wtedy, gdy te wyznania najpierw oduczą swych wiernych przelewania bratniej krwi ludzkiej? Może dopiero wtedy staną się godne sprawować wspólnie Najświętszą Eucharystię Ciała i Krwi Pańskiej.”

Ks. Jan Zieja. “Z rozmyślań o Królestwie Bożym na ziemi”. Maszynopis. Warszawa 1981

Marzec 30, 2010

Wielki Tydzień stacja II. Wzruszająca zdrada

„Jezus w czasie wieczerzy z uczniami swoimi doznał głębokiego wzruszenia i
tak oświadczył: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeden z was Mnie
zdradzi.”(J 13,21)

Hm… Z dalszego (i wcześniejszego) biegu zdarzeń wynika, że zdrada niejakiego Judasza, gdyby nawet nie nastąpiła, nie była przedsięwzięciem niezbędnie potrzebnym dla dokonania mordu sądowego na Jezusie. Gdyby nie Judasz ze swoim pocałunkiem w ogrodzie, znalazł by się zapewne jakiś inny dogodny sposób na schwytanie delikwenta. Jezus stanowił bowiem istotne zagrożenie dla stabilności życia polityczno-kulturalno-społecznego w okupowanej Palestynie. Nie mógł ujść cało z tej imprezy. Zdrada Judasza była więc swoistą sztuką dla sztuki. Wykorzystaniem nadarzającej się okazji, by co nieco zarobić, niewielkim nakładem sił i środków.
Judasz jednak mocno przekalkulował…

Marzec 25, 2010

Niepodległość od wiosny

Wiosna na całego pojawiła się w otoczeniu. Swymi zaborczymi mackami, kiełkujących ze zgniło-brązowej gleby roślin, wyznaczyła nowe horyzonty ataku witalności na bezbronne jednostki. Przytuleni uprzednio do zbawczych przestrzeni zimy, obecnie nie jesteśmy w stanie odnaleźć harmonogramu przyszłych zdarzeń. I dodatkowo, owe postreligijne motywy Świąt Zajączka z Jajeczkiem w niewysłowiony sposób dołują nas – i tak, wszakże, dostatecznie już zdołowanych. Nie pozostaje więc nic, tylko wyjść na dachy naszych budynków i budowli. Śmiało załopotać na wietrze. Ogłosić niepodległość od wszędobylsko rozprzestrzeniających się pyłków i ich prokreacyjno-alergenowego szału.

Październik 5, 2009

Studium szlifierki kontowej

biaks2W zasadzie nie nazywamy jej tak prostodusznie, prozaicznie, oficjalnie. Nie jest ona dla nas jakąś tam „szlifierką kontową”.

Teściu zwraca się do niej pieszczotliwie – Biaksik.

Podstawową cechą Baksika jest brak jakiejkolwiek użyteczności. Innymi słowy – urządzenie to, na dobrą sprawę, do niczego nie służy. Kto chce ciąć – używa piły. Kto chce szlifować – znajdzie w ofercie wolnoobrotową szlifierkę, pilnik lub kawałek papieru ściernego.

Po drugie – jest śmiertelnie niebezpieczne.

Po trzecie – działając wzbudza chaos.

Wysokoobrotowy silnik elektryczny w plastikowej obudowie, połączony prostopadle, czterema śrubkami z tarczą szlifierską. Całość obsługiwana w formie silnego chwytu ręką i naciśnięcia czarnego guziczka w obudowie. Bez żadnego zabezpieczenia – obracający się kilkanaście tysięcy razy na minutę cierny dysk. Bez żadnego systemu chłodzenia szlifowanego materiału.

Po prostu – czysta moc w twoich rękach. Gdy piłujesz nią jakiś przedmiot nieorganiczny – dajmy na to rurkę stalową – wszystko wokół wypełnia się wysokoenergetycznym dźwiękiem, snopami iskier, chmurą szarego dymu i smrodem palonej materii.

I powiew śmierci lub cierpienia wokół tego.

Początkowo lęk – bo co stanie się, gdy wyjąca maszyna wypadnie z dłoni lub nieopatrznie dotkniesz nią jakiejś części ciała. Po prostu – cała materia organiczna mająca nieszczęście spotkania się z tym badziewiem pomknie w przestrzeń z prędkością kilkunastu tysięcy bitów. Przedtem rozgrzeje się do kilkuset stopni poczciwego Celsiusa.

Potem – poczucie władzy, siły, panowania nad światem. Bo, gdy wibrujący Baksik dzierżysz w garści, nikt mądry nie zbliży się  do ciebie, nie podskoczy, nie śmie nawet pomyśleć, że mógłby się jakoś wtrącić w twoją przestrzeń.

Może dlatego Teściu tak kocha ten instrument? Z pewnością w jego hierarchii uczuć Biaksik dzielnie trzyma się przed żoną Teścia, gronem dzieci i wnuków. Taki traf, miłość i poważanie – zdarza się w stosunku do, z pozoru bezdusznych, maszyn…

Theme: Rubric. Blog na WordPress.com.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.