bądź wierny, idź…
(czy jakoś tam, jak tak fajnie Z. Herbert napisał…)
Idę, jestem wierny
Swobodny jak papierek
Spadający z wysokości 40-tego piętra
Chyboczę
I bujam na wietrze
10 metrów w prawo
4 metry w lewo
64 metry w dół
Jak nitka uwolniona z kłębka
I nic mnie nie uwiera
Nie swędzi
Nie dogryza
Nie boli
Tylko teraz
Ale niezupełnie tu
Niezupełnie tak
Słucham sobie
Szumów i szelestów
Słucham muz
I muzykantów
„Co on robi tej gitarze?!
Dlaczego w piachu ją tarza?
Dlaczego wali w beton?
Beton mocny jak dzwon
Beton ciężki jak zgon
I kruchy jak gołąbek kruchy – Russula fragilis. Gatunek niejadalny”
Nie mówię, bo nie jestem gadatliwą idiotką
Raczej piszę
Tak – piszę
Stukam grubymi palcami w klawisze
Klawisze się starzeją, ścierają, zanika ich treść
A ona wypowiada się
Że słowa mogą boleć
Że tak
I mocno
I bardzo
Acha…
Wielki koszt
Gdy otwieram usta
Moje konto w banku jęczy
Przelew idzie wprost
Na wprost
Twarzą w twarz
Okiem w nos
Nosem w tors
Torsem w brzuch
Lecz nic to
Bo
Mam w banku otwartą
Debetową linię
Więc stać mnie nie tylko na słowa
Nie tylko na kpinę
Stać mnie
Dopóki się nie położę