Motywy ulotne

Listopad 11, 2010

Teatrzyk „Seria Wzdęć” przedstawia: Walka płci

Scena – kuchnia, wnętrze nadal nieskomplikowane, z rodzaju – grodzone osiedle apartamentowców, gdzieś 50 km od stolicy z doskonałym dojazdem do centrum. Stół, blat, kuchenka gazowa, para taboretów Sony. Przygotowania do śniadania w stylu – miło, schludnie, duszno, niezdrowo. Przy blacie stoi Ona, w jaskrawo różowym szlafroczku. Na blacie – kot, koloru “czarny”, dobrze wypasiony. Ona dłonie ma zajęte siekaniem czegoś zielonego, co wygląda jak świeżo zamordowana sałata. Na nogach pluszowe kapcioszki pod kolor szlafroczka. Na głowie dużo, dużych lokówek we wszystkich kolorach tęczy. Kobieta jest raczej brzydka. Taka, jakiej nie chcielibyście zobaczyć w swoich najbardziej nawet odważnych przebudzeniach.

Nieco z boku, stoi On – mężczyzna w średnim wieku, średniego wzrostu, robiący ze wszech miar średnie wrażenie. Taki, jakiego można zabić łapką na komary, nie zauważając, że się nie trafiło w komara na ścianie. Stoi i delektuje się smakiem i zapachem herbaty zielonej z żeń-szeniem, wypijanej z krwawo-czerwonego kubka.

Ona głosem zachrypłym – Czy?…
On – …
Ona – … kochasz mnie jeszcze?

Tu instynktownie wbija swe palce w sierść kota, tarmosząc ją namiętnie. Kot miałczy żałośnie. Ale tylko raz. Jak gdyby wydobywał z siebie ostatnie tchnienie.

On – po lekkim namyśle – Jakże mam Cię kochać, moja droga, skoro uprawiasz tu obecnie namiętność do naszego kota?

Ona – Cóż w tym złego jest nie widzę ja nic.

On – Właśnie – mechanizm wyparcia w najzwyklejszej postaci. A taką namiętność po prostu się leczy. Dzwoni się po pogotowie i inwestuje w długotrwałą terapię indywidualną. Potem.

Ona – Ja tylko tego kota. Głaszczę.

On – Myśleć nawet nie warto. Wszakże to obrzydliwe bez najmniejszego umiaru jest. I należy z naciskiem wskazać – po prostu z kotem. Małym, bezbronnym, niewinnym futrzastym zwierzątkiem. Które nic od życia nie pragnie. Tylko żre, śpi… produkuje odpady. Gdybym wysilił się trochę. Mógłbym nawet zrozumieć przyczyny przypływu tej wstętnej sodomii jakiejś.  Tak… dajmy na to – z przystojnym orangutanem. Ale… z kotem?!

O zapachu

O zapachu kupy porannej
robionej przed świtem
między jawą a snem
z pierwszym kęsem kanapki
lub ciepłym jeszcze łykiem kakao
w ustach

Rozpływając się w noso-gardła przestrzeni mrocznej
porażasz mnie wrażeniem
jak brzytwą ciętym
intensywnie nasyconym
zaiste

Treścią formy

Wysiłkiem poranka

By wstać i iść
nie zapominając o kilku podstawowych czynnościach higienicznych
przedtem

Oto i staję przed istotnym wyzwaniem.

Październik 13, 2010

Brygada przydeptywaczy peta

W chwili marazmu widziałem taką scenę.

Brygada zakapturzonych z kominiarkami na twarzy zajmuje się przydeptywaniem peta.

Dużymi butami, grubymi gumowymi podeszwami, przydeptują niezbyt zdecydowanie. Ale wytrwale.

Szybki rytm życia jakby ich w tej chwili nie dotyczy. Ruch palców po klawiaturze, opisujący ten fragment rzeczywistości, jakby ich w ogóle nie obchodzi.

Robią to, bo dostarcza adrenaliny – zamiast zażywać narkotyki, zamiast pić piwo, ekscytować się przedmiotami zaawansowanej ekscytacji, zapychać przestrzenie wyobraźni nudą, seksem i przemocą.

Stoją i przydeptują.

Gaszą ostatni płomyk zakopconej śmierdzącej substancji tytoniowego bytu.

Kaptury opadają im na resztki oczu, wystające spod ściśle przylegających do twarzy kominiarek.

A dziadek „nurek”, jak co dzień, ze swym przyjacielem – kijem, przemierza przestrzenie wyobraźni, w poszukiwaniu opróżnionych z piwa puszek.

- Co robisz „puszku”?. Zapytała, od niechcenia przelatując obok.

- Jestem w fazie……………………..

Wrzesień 12, 2010

Bezchcenie

Chciałbym powiedzieć, że mam wszystko w dupie
Że nic mnie nie obchodzi
I nie przejmuję się wcale
Ale mam już swoje lata
Nie wypada mi przyznawać się do klęski
Właśnie teraz
Gdy od nowa odkrywam przyjemność niewinnego uśmiechu
Rozpostartych niedbale ramion
Kilku szybkich ruchów pióra kreślących wartką linię wiersza

W wolnych chwilach śpię
Czytam Herberta
Lub wyobrażam sobie świat
Niedzielnych popołudni
Zacieniony górski potok
Słowa łatwe i giętkie
Tak, że można je zabrać
Bez chcenia ich powiedzenia

Wrzesień 7, 2010

Cool czy passe?

Spędziłem tego roku trochę czasu na plaży.

Wielu smutnych ludzi.

Gdyby we współczesnej cywilizacji zachodu, można było bezkarnie i bezpłatnie fotografować ludzkie twarze, udowodniłbym to bez trudu. Niestety…

I ja smutny. W latach 80-tych ubiegłego wieku, zbytnio przejęty postawą, moich ideowych idoli – przestałem się uśmiechać. A właściwie przestałem śmiać się spontanicznie. Jak w słowach piosenki „you never talk, me never smile”. Tak do dzisiaj trwam – czasami tylko nerwowo wykrzywiając usta w jakiejś karykaturze okazywania dobrego humoru. Zresztą – dobry humor raczej mnie nie nawiedza. W każdym razie – niezbyt często.

Takowoż (słowo nieużywane w słownikach) siedziałem sobie na plaży wczesnym popołudniem. Jak zwykle – niezadowolony, znudzony, pośród tłumu smutnych półnagich ludzi, próbujących opalać się w promieniach nerwowego słońca. Wokół sama tylko ludność polska i polskojęzyczna, zalegająca całymi godzinami. Pijąca piwo z aluminiowych puszek, chrupiąca popcorn. Starająca się poprawiać na wszelkie sposoby, gasnący zapał dobrego samopoczucia.

Wtedy to wyszła, z chłodnych fal południowego Bałtyku, gruba, nieapetyczna, stara kobieta.

Jej postać na tle huraganu spienionych fal i błękitu nieba nad głową, była jak bezczelne wyzwanie rzucone prawom estetyki. Bez trudu mogła wpasować się w używane czasem przez polityków, pojęcie – kaszalot. Jednakże wiele takich jak ona jednostek znajdowało się wtedy w tym samym miejscu i czasie. Ją wyróżniał z otoczenia niesłychanie pogodny wyraz twarzy. W zasadzie nie usta, a duże brązowe oczy, śmiejące się beztrosko. Bez powodu.

Obserwowałem ją zza szyby moich ciemnych okularów. Gdy podskakiwała na jednej nodze, wytrząsając wodę z wielkiego ucha. Gdy wymieniała uwagi ze swoimi towarzyszami z plażowego kocyka. Gdy wreszcie położyła się na plecach, nie po to by zastygnąć w pozycji „40 minut opalania brzucha i zwrot” lecz pokazać jakiemuś panu, jak należy poruszać nogami „rowerkiem”, by utrzymać się na wodzie.

Tego dla mnie było zdecydowanie za wiele. Skurcz natrętnej wesołości rozerwał popręgi okalające mą napuszoną osobowość. Bezgłośnie wyszczerzyłem zęby, odruchowo spojrzawszy w niewinne niebo nade mną. Nie utrzymałem obojętnej pozy i tego dnia nie byłem już cool lecz zdecydowanie passe…

Lipiec 2, 2010

Przedwyborcza motywacja

wiersz Smoleniowi poświęcam

Synu, nie leż. Idź – zagłosuj na manekina
Synu nie śpij. Wybierz… sobie coś
W tym pustym pudle
Żeby nie powiedzieli Ci, że nie masz wpływu
Ani wypływu
Ani prawa krytykować
Ani lewa strona nie będzie tu reprezentowana
Wobec zgromadzenia „bandy zgredów i szpanerów”

Maj 4, 2010

Anarcho – katolicyzm

Idą wybory. Tą razą szczególnie szczególne. Znowu sypią się kłamstwa. I kiedy będą mówić ludzie “czcigodni” o “wartościach” typu – “ojczyzna”, “patriotyzm”, warto zwrócić uwagę na kilka szczegółów, choćby jak w następującym tekście:

“Do szczególnych zamiarów wybrany przez Boga naród izraelski przez długie wieki nie miał królów i nie czuł potrzeby ich mieć; wystarczali mu starsi rodów i pokoleń, wodzowie, kapłani i sędziowie. Za króla swego ten naród miał tylko Boga jedynego.
Dopiero na przełomie jedenastego i dziesiątego stulecia przed naszą erą coś się zmieniło w Izraelu…”Zebrała się cała starszyzna Izraela i udała się do Samuela.
Odezwali się do niego: Oto ty się zestarzałeś, a synowie twoi nie postępują twoimi drogami; ustanów raczej nad nami króla, aby nami rządził tak, jak to jest u innych narodów… abyśmy byli jak wszystkie narody, aby nas sądził nasz król, aby nam przewodził i prowadził nasze wojny…
Modlił się więc Samuel do Jahwe, Jahwe rzekł do Samuela: Wysłuchaj głosu ludu, bo nie ciebie odrzucają, lecz mnie odrzucają jako króla nad sobą (1Sm 8,4-7; 19-20).I odtąd przez lat kilkaset, Izraelici miewali nad sobą królów, swoich i obcych, i mieszańców, “jak to jest u innych narodów”.

Ale w ludziach prawdziwie pobożnych w Izraelu rosła wypowiadana przez proroków coraz głębsza tęsknota za przemianę, za odnową, za Mesjaszem, za Zbawicielem, za naprawdę Bożym królowaniem nad Izraelem i nad wszystkimi narodami świata. “Bóg Nieba wzbudzi Królestwo, które nigdy nie ulegnie zniszczeniu. Jego władza nie przejdzie na żaden naród. Zetrze i zniszczy ono wszystkie te królestwa, samo zaś będzie trwało na zawsze” (Dn 2,44).

Około roku 110 autor Listu do Diogeneta określi opozycję chrześcijan w tej wspaniałej formule: “Chrześcijanie zamieszkują ziemię, ale tak, jakby przebywali na niej tylko przejściowo. Nie ma obcego kraju, który by nie był dla nich ojczyzną, ani też nie ma ojczyzny, która by nie była dla nich obca”. Nieco później Tertulian wyraża się bardziej dosadnie: “Dla nas, chrześcijan, nie ma nic bardziej obcego niż republika! Uznajemy tylko jedną: republikę wszystkich ludzi, cały świat”…

Ale gdy cesarze rzymscy, zamiast prześladować wierzących w Chrystusa, zaczęli otaczać ich opieką, a nawet udzielać im różnych przywilejów, w społeczności chrześcijańskiej zaczęło się coś chwiać i zmieniać, aż doszło do zaniechania wysiłków zmierzających do realizowania tego Królestwa Bożego, którego słudzy “nie chwytają za miecz i nie biją się nawet w obronie swego Króla”.

Zamiast słuchać głosu Boga jedynego: “Nie będziesz zabijał”, zaczęto słuchać po dawnemu “bogów cudzych” (cesarzy, królów, książąt, panów, wodzów i rządów państwowych), rozkazujących zabijać, i to w imię odpowiedzialności przed historią, nowym najwyższym bóstwem wśród tych fałszywych “bogów cudzych”. A różne filozofie, teologie, autorytety religijne, a później i popularne katechizmy – pochwalały to i zalecały. Tak że prorok izraelski Izajasz mógłby i do narodów “chrześcijańskich” wołać z wyrzutem: “Ręce wasze są pełne krwi” (Iz 1,15).

I tak jest do dnia dzisiejszego…

I zawsze była w Kościele choćby “mała trzódka” wiernych ideałom Królestwa Bożego, takich, jak męczennicy rzymscy Nereusz i Achilles, czy później święty Franciszek z Asyżu i jego naśladowcy…

A dziś, właśnie dziś, zdaje się nadchodzić czas na jasne postawienie sprawy. Na Soborze Watykańskim II Kościół uprzytomnił sobie jeszcze raz, czym Kościół jest: społecznością Jezusa Chrystusa i Ducha Świętego z naszymi biskupami, z Piotrowym następcą na czele i z nami wszystkimi.

Powołaniem Kościoła jest nauczanie wszystkich narodów i szerzenie Królestwa Bożego, a więc takiego Królestwa, “którego słudzy nie chwytają za miecz i nie biją się nawet w obronie swego Króla”. Po krwawych doświadczeniach dwu ostatnich wojen światowych, a jednocześnie gdy tak dużo mówi się o prawach człowieka, nie możemy dłużej znosić niewierności światłom Ewangelii: granicą używania siły fizycznej w obronie własnej i innych ludzi i własnego narodu jest Boskie przykazanie: “Nie będziesz zabijał”.

Wojna dzisiaj, jakąkolwiek bronią byłaby prowadzona, jest bluźnierstwem przeciw Bogu i przeciw człowiekowi….

I “pokój będzie ostatnim słowem historii” (Jan Paweł II).

I kto wie? Czy upragnione zjednoczenie wyznań chrześcijańskich, w jednym świętym Kościele Powszechnym nie nastąpi dopiero wtedy, gdy te wyznania najpierw oduczą swych wiernych przelewania bratniej krwi ludzkiej? Może dopiero wtedy staną się godne sprawować wspólnie Najświętszą Eucharystię Ciała i Krwi Pańskiej.”

Ks. Jan Zieja. “Z rozmyślań o Królestwie Bożym na ziemi”. Maszynopis. Warszawa 1981

Kwiecień 15, 2010

Teatrzyk “Seria Wzdęć” przedstawia: Nad grobem przyjaźni

Scena – Noc, cmentarz. On i On II stoją bezładnie rozrzuceni w strukturze sceny. Po środku zaś zarys niby, że mogiły. Wewnątrz mogiły zaś, jak wiadomo – nie wiadomo co się znajdować może. Morze w oddali szumi i widownia ma niechybne przeczucie zawiewającej już od samego początku okrutnej szmiry.

On głosem swoim, lecz jakby nie swoim – sztucznym takim – Nigdy zaś nie nauczę się odróżniać dobro od zła. Złamane źdźbło on ledwie sterczącego. Kolor piękny od koloru zielonego. O północy… latem.

On II – Zdzisławie – poczciwy gruźliku. Błagam cię, przestań, gdyż dusza mnie dzisiaj boli. Taki jestem na świat cały rozżalon… Jak meteorologiczny balon.

On – Żę… Gdyż co być może miało by podniecać mnię?
Gdyż co.
W…zasa…dniczo zaś nie rozumiem nic.

On II – A kwasowo, jak się przedstawia?

On wykonując odruch, jakby mu przed samym nosem przemknął Express Moskwa-Warszawa-Liechtenstein – ?

On II – Formuła wieczysta.

On – Amen.

Kwiecień 14, 2010

O Wawelu

Cały nasz kraj, dziś, dnia 14 kwietnia 2010 r., długi i szeroki, łzami zalany, w ten czas żałoby; zapychany jest medialną dywagacją: Wawel – nie-Wawel.

Ja także w żałobie – choć nikt z moich znajomych, bliższych lub dalszych, nie zginął ostatnio. Ale – gdy ojczyzna w potrzebie, trzeba do kościoła iść i modlić się – kto wie, czy nam/naszym dzieciom tego akurat nie trzeba.

Daruj drogi pamiętniczku, ale jako Mazowszanin-Katolik, na Wawelach żadnych w ogóle się nie wyznaję i w paradę jakimś Wajdom/Nie-Wajdom wchodzić nie mam siły.

Jedyna rzecz, jaka mi się z Wawele(a)m(i) kojarzy – owa piosenka, na której w czas zadumy poprzestanę…

Marzec 31, 2010

Wielki Tydzień stacja III. Miękkie negocjacje

Jeden z Dwunastu, imieniem Judasz Iskariota, udał się do arcykapłanów i
rzekł: Co chcecie mi dać, a ja wam Go wydam. A oni wyznaczyli mu
trzydzieści srebrników.” (Mt 26,14)

Judasz nie był dobrym negocjatorem. Przyszedł z ofertą i nie miał nawet jasno sprecyzowanej koncepcji ceny. Nie przygotował się profesjonalnie. W sumie – nie ma się czemu dziwić. W jego czasach biznes w branży szkoleń, coachingu i publikacji nt. „Sztuka negocjacji” – czy to finansowanych z EFS, czy nie – w ogóle nie istniał.

Marzec 30, 2010

Wielki Tydzień stacja II. Wzruszająca zdrada

„Jezus w czasie wieczerzy z uczniami swoimi doznał głębokiego wzruszenia i
tak oświadczył: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeden z was Mnie
zdradzi.”(J 13,21)

Hm… Z dalszego (i wcześniejszego) biegu zdarzeń wynika, że zdrada niejakiego Judasza, gdyby nawet nie nastąpiła, nie była przedsięwzięciem niezbędnie potrzebnym dla dokonania mordu sądowego na Jezusie. Gdyby nie Judasz ze swoim pocałunkiem w ogrodzie, znalazł by się zapewne jakiś inny dogodny sposób na schwytanie delikwenta. Jezus stanowił bowiem istotne zagrożenie dla stabilności życia polityczno-kulturalno-społecznego w okupowanej Palestynie. Nie mógł ujść cało z tej imprezy. Zdrada Judasza była więc swoistą sztuką dla sztuki. Wykorzystaniem nadarzającej się okazji, by co nieco zarobić, niewielkim nakładem sił i środków.
Judasz jednak mocno przekalkulował…

Marzec 29, 2010

Wielki Tydzień. Stacja I. Grzebiąc się w istoty socjalizmu bebechach

„Na to rzekł Judasz Iskariota, jeden z uczniów Jego, ten, który miał Go
wydać: Czemu to nie sprzedano tego olejku za trzysta denarów i nie rozdano
ich ubogim? Powiedział zaś to nie dlatego, jakoby dbał o biednych, ale
ponieważ był złodziejem, i mając trzos wykradał to, co składano.(J 12,4-6)”

Jedna z wnikliwszych opisowych definicji istoty socjalizmu. Od tysiącleci więc tabuny ideologów zadają sobie pytanie: „Czy jednak nieuchronnie skazani jesteśmy na scenariusz ten, jak wyżej? Czy pośród doczesnej egzystencji, nie da się odwrócić nieuchronnego zdarzeń biegu?”…

Marzec 25, 2010

Niepodległość od wiosny

Wiosna na całego pojawiła się w otoczeniu. Swymi zaborczymi mackami, kiełkujących ze zgniło-brązowej gleby roślin, wyznaczyła nowe horyzonty ataku witalności na bezbronne jednostki. Przytuleni uprzednio do zbawczych przestrzeni zimy, obecnie nie jesteśmy w stanie odnaleźć harmonogramu przyszłych zdarzeń. I dodatkowo, owe postreligijne motywy Świąt Zajączka z Jajeczkiem w niewysłowiony sposób dołują nas – i tak, wszakże, dostatecznie już zdołowanych. Nie pozostaje więc nic, tylko wyjść na dachy naszych budynków i budowli. Śmiało załopotać na wietrze. Ogłosić niepodległość od wszędobylsko rozprzestrzeniających się pyłków i ich prokreacyjno-alergenowego szału.

Listopad 20, 2009

Jesienne gluty sentymentu

Ech – nasza polska złota jesień… Mgłą poranną zadumana… W czerwieni liścia opadłego mokrym deszczu śladem lśniąca…. Z labiryntu świeżych kałuż oczami zadumy na przechodnia spoglądająca… Zasnuta dymem białym ze spalonych resztek minionego lata…

Wszystkie te, oraz miliony innych pierdoł cisną się na myśli nasze – usta nasze, w czasie, gdy ciepłe lato sobie już dawno w cholerę poszło, a obrzydliwa, a czasem groźna zima jeszcze przywlec się nie zdołała.

Tymczasem zaś, chodzimy sobie po świecie naszym, nieco skonfundowani obniżającymi się temperaturami otoczenia. Szczególnie zaś, gdy opad średni rośnie, a wiatr z północo-zachodu dokuczać w tym wszystkim pomaga. Wtedy zaś najłatwiej nabawić się infekcji jakiej. Najczęściej dróg oddechowych górnych. Zwykle przejawiającej się w postaci bólu gardła i zalewu twarzy w formie noso-gluta. Szczególnie zaś drugi z wymienionych objawów staje w poprzek drogi publicznemu poczuciu elementarnej estetyki. O ataku na światowy ekosystem w postaci ponadnormatywnego zużycia zasobów chusteczek higienicznych już szerzej nie wspomniawszy.

Darmo radzą znajomi – jedź więc do Tunezji lub jakiego innego gorącego stanu. Bo wszakże darmo do Tunezji nie wożą, a ze stanów na myśl przychodzi mi jedynie Pakistan… Tam zaś bywa różnie, z naciskiem na „nie”, bo róż raczej spodziewać się nie należy…

Listopad 19, 2009

Ulotka z podróży

Jechałem ostatnio – windą osobową drugiej klasy. Bez miejscówki. Bez trzymanki. W kabinie dla niepalących. Wczesnym rankiem.

Znaczy… dla mnie poranek ów był wczesny. Nawet bardzo on był…

Jechałem. Właściwie – w relacji, jak zwykle: góra, dół, z sensem i bez sensu – w sumie, szczegóły bez znaczenia…

Nagle huk, nagle stuk… Czyli naturalnie rzecz ujmując – przystanek na jakiejś stacji…

Wsiada Pan Ździsiek – dzień dobry, dzień dobry, jak się masz, najs tu si ju, hał ar ju– fenk ju, aim fajn.

Trochę gorzałą śmierdzi. Nie, aczkolwiek, świeżą – raczej wczorajszą. Lub zestawem gorzał – z przeszłości – płytszej i głębszej. Nie jestem koneserem, odwracam się do ściany. Oglądam swoje pryszcze w lustrze, sprytnie wmontowanym w kabinę.

I wędrujemy razem z ruchem maszynerii dźwigu osobowego. Trochę trwa ten mobilny moment. Zaczynamy odczuwać znużenie. Coraz więcej zapachów dociera z otoczenia. Kapuśniak, psia szczyna, bączek rzucony w przestrzeń od niechcenia – jak to we windzie, klasy turystycznej, bez miejscówek, z rana…

Budzi nas z odrętwienia i zagłębiania się w sobie, przeczucie nieuchronnie zbliżającego się parteru. Tutaj Pan Ździsiek zwyczajowo pyta o godzinę. Celem ustalenia czy dobrze uzgodnił chwilę podróży z czasem otwarcia sklepu alkoholowego niskiej kategorii. Gdyż nie jest on człowiekiem zamożnym i dobrze ustosunkowanym. Nie inwestuje w alkohole ekskluzywnego sortu. W kobiety zaawansowanych wymagań też nie wkłada lokat. W jego życiu gderliwa i nieatrakcyjna żona zajmuje więc poczesne miejsce, uzasadniające częste używanie substancji odchylających świadomość.

Informuję go o nadchodzącej dziewiątej. I Pana Ździśka dopada depresyjna refleksja, że gdyby nie przepił zegarka, już dwie godziny temu miałby szansę zaspokoić najbardziej wyuzdane żądze. Bo sklep z tanim winem otwierają o siódmej.

Już dojeżdżamy na miejsce. Jeszcze tylko kilka widoków przedmieść, przez stłuczone okienka drugiego i pierwszego piętra. Zwracamy uwagę na niepozostawiony przez nas bagaż, starając się równocześnie zachować równowagę, bo im bliżej mety, tym bardziej trzęsie.

Wreszcie koniec. Otwierają się drzwi, a za nimi kolejna porcja potencjalnych pasażerów, niecierpliwie przebierających nogami i międlących w ustach zwyczajowe słowa wsparcia psychicznego. Zaczynające się na q pie i ceha…

Następna strona »

Theme: Rubric. Blog na WordPress.com.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.