Nie wnikając zanadto w treść kwestii związanych z ojczyznoburczymi wypowiedziami Ojca Rydzyka w Brukseli, uwagę swą skupiam bardziej na formie. Poczciwy zakonnik, rozglądając się wokoło, mimo szaleńczej obrony, jaką dają mu zwolennicy jedynie słusznej sprawiedliwościowej partii, wyczuł chyba (lub może ktoś mu po prostu powiedział), że coś tam publicznie przegiął gdy wypowiedział się obcesowo o Polsce i „Polakach”.
Starym chrześcijańskim zwyczajem więc – nie sztuką jest nagrzeszyć. Trzeba się do win przyznać, przeprosić, alleluja i do przodu. Bardzo fajnie.
Ojciec postanowił przeprosić – by kamień spadł z serc naszych.
Lecz jeden zgrzyt się wdarł. A w zasadzie kalka słowna. Kalek słownych betony, takie jak ja nie lubią.
Ojciec – znowu publicznie, wyznał bowiem „Jeśli ktoś mnie źle zrozumiał, to przepraszam”. Hm. Ja chyba dobrze Ojca zrozumiałem – Ojcu się nie podoba Polska i żyjący w niej nieużyteczni Polacy oraz nadużywający naszej gościnności obcy. Rzecz tylko w publicznym manifestowaniu takiej postawy przez osobę wykonującą zadania pasterza we wspólnocie. Smutno słuchać typu wypowiedzi, jakże tępionych u członków owej wspólnoty, gdy np. niewierny mąż stwierdza „szlajam się, bo żona mnie nie rozumie”. Nie moja rzecz osądzać czyjeś przeprosiny. Ale już niezbywalne prawo do absmaków posiadam:)
Dam więc definicję – kalka słowna to wyuczony zwrot stosowany mechanicznie, w oderwaniu od rzeczywistości (czyli nie posiadający treści, która wynika z wypowiadanych słów), używany zwykle w celu redukcji jakichś napięć. Nie podoba mi się. Bo język służy by się nim porozumiewać, a nie manipulować ludzi i zdarzenia. Mam na takie zachowania cięte ucho. Zapewne dzięki byłemu pracodawcy – właścicielowi upadającej firmy, który ciągle powtarzał „wszystko jest na jak najlepszej drodze”.

