Motywy ulotne

Listopad 20, 2009

Jesienne gluty sentymentu

Ech – nasza polska złota jesień… Mgłą poranną zadumana… W czerwieni liścia opadłego mokrym deszczu śladem lśniąca…. Z labiryntu świeżych kałuż oczami zadumy na przechodnia spoglądająca… Zasnuta dymem białym ze spalonych resztek minionego lata…

Wszystkie te, oraz miliony innych pierdoł cisną się na myśli nasze – usta nasze, w czasie, gdy ciepłe lato sobie już dawno w cholerę poszło, a obrzydliwa, a czasem groźna zima jeszcze przywlec się nie zdołała.

Tymczasem zaś, chodzimy sobie po świecie naszym, nieco skonfundowani obniżającymi się temperaturami otoczenia. Szczególnie zaś, gdy opad średni rośnie, a wiatr z północo-zachodu dokuczać w tym wszystkim pomaga. Wtedy zaś najłatwiej nabawić się infekcji jakiej. Najczęściej dróg oddechowych górnych. Zwykle przejawiającej się w postaci bólu gardła i zalewu twarzy w formie noso-gluta. Szczególnie zaś drugi z wymienionych objawów staje w poprzek drogi publicznemu poczuciu elementarnej estetyki. O ataku na światowy ekosystem w postaci ponadnormatywnego zużycia zasobów chusteczek higienicznych już szerzej nie wspomniawszy.

Darmo radzą znajomi – jedź więc do Tunezji lub jakiego innego gorącego stanu. Bo wszakże darmo do Tunezji nie wożą, a ze stanów na myśl przychodzi mi jedynie Pakistan… Tam zaś bywa różnie, z naciskiem na „nie”, bo róż raczej spodziewać się nie należy…

Listopad 19, 2009

Ulotka z podróży

Jechałem ostatnio – windą osobową drugiej klasy. Bez miejscówki. Bez trzymanki. W kabinie dla niepalących. Wczesnym rankiem.

Znaczy… dla mnie poranek ów był wczesny. Nawet bardzo on był…

Jechałem. Właściwie – w relacji, jak zwykle: góra, dół, z sensem i bez sensu – w sumie, szczegóły bez znaczenia…

Nagle huk, nagle stuk… Czyli naturalnie rzecz ujmując – przystanek na jakiejś stacji…

Wsiada Pan Ździsiek – dzień dobry, dzień dobry, jak się masz, najs tu si ju, hał ar ju– fenk ju, aim fajn.

Trochę gorzałą śmierdzi. Nie, aczkolwiek, świeżą – raczej wczorajszą. Lub zestawem gorzał – z przeszłości – płytszej i głębszej. Nie jestem koneserem, odwracam się do ściany. Oglądam swoje pryszcze w lustrze, sprytnie wmontowanym w kabinę.

I wędrujemy razem z ruchem maszynerii dźwigu osobowego. Trochę trwa ten mobilny moment. Zaczynamy odczuwać znużenie. Coraz więcej zapachów dociera z otoczenia. Kapuśniak, psia szczyna, bączek rzucony w przestrzeń od niechcenia – jak to we windzie, klasy turystycznej, bez miejscówek, z rana…

Budzi nas z odrętwienia i zagłębiania się w sobie, przeczucie nieuchronnie zbliżającego się parteru. Tutaj Pan Ździsiek zwyczajowo pyta o godzinę. Celem ustalenia czy dobrze uzgodnił chwilę podróży z czasem otwarcia sklepu alkoholowego niskiej kategorii. Gdyż nie jest on człowiekiem zamożnym i dobrze ustosunkowanym. Nie inwestuje w alkohole ekskluzywnego sortu. W kobiety zaawansowanych wymagań też nie wkłada lokat. W jego życiu gderliwa i nieatrakcyjna żona zajmuje więc poczesne miejsce, uzasadniające częste używanie substancji odchylających świadomość.

Informuję go o nadchodzącej dziewiątej. I Pana Ździśka dopada depresyjna refleksja, że gdyby nie przepił zegarka, już dwie godziny temu miałby szansę zaspokoić najbardziej wyuzdane żądze. Bo sklep z tanim winem otwierają o siódmej.

Już dojeżdżamy na miejsce. Jeszcze tylko kilka widoków przedmieść, przez stłuczone okienka drugiego i pierwszego piętra. Zwracamy uwagę na niepozostawiony przez nas bagaż, starając się równocześnie zachować równowagę, bo im bliżej mety, tym bardziej trzęsie.

Wreszcie koniec. Otwierają się drzwi, a za nimi kolejna porcja potencjalnych pasażerów, niecierpliwie przebierających nogami i międlących w ustach zwyczajowe słowa wsparcia psychicznego. Zaczynające się na q pie i ceha…

Listopad 10, 2009

Teatrzyk “Seria Wzdęć” przedstawia: Najważniejsze, by dialogi były proste

Scena – pokój, proste wnętrze, z rodzaju – robotnicza Wola. Stół, dwa krzesła – typu Ludwik van Beethoven, obok duże łóżko z frotowym czerwonym  materacem, nad nim (w miejscu, gdzie zwyczajowo wisiałby portret małżeński, krzyż lub jakiś landszaft) 50-calowy ekran plazmowy. Gdzieś tam – zwyczajowa palma. Na łóżku siedzi Ona, w jaskrawo fioletowym szlafroczku. Dłonie ma zajęte robótką ręczną (może być szalik z wełny, w barwach narodowych Niemieckiej Republiki Federalnej). Na nogach duże kapcioszki pod kolor szlafroczka. Na głowie dużo, dużych lokówek w kolorach pastelowych. Kobieta jest raczej brzydka. Taka, jakiej nie chcielibyście zobaczyć w swoich najbardziej nawet odważnych snach.

Otwierają się drzwi, chwiejnym krokiem wchodzi On – Mężczyzna w średnim wieku, średniego wzrostu, robiący ze wszech miar średnie wrażenie. Taki, jaki nie dałby rady nikomu się przyśnić, gdyż nie zdołałby odróżnić się od tła. Ubrany w średniej klasy, jednorzędowy ale urzędowy średnio-granatowy garnitur.

On głosem niepewnym – Hela…

Ona – Ooooo, gdzie żeś się włóczył, znowu?!

On – Hela…

Ona – Nicponiu jeden, tylko go nie ma i nie ma i nie wiadomo gdzie jest – psia kostka, psia mać, psia Rodzina Abramsów!

On – Hela…

Ona – A dzieci głodne, kawioru w sklepie nie mieli dzisia z rana.

On – Hela…

Ona – Obrządek nie porobiony, świnie po obejściu niepomyte się snujo… Jak te snuje i strasznie im z gęby śmierdzi.

On – Hela…

Ona – A on?! – Pijany pewnie znowu, bo jakoś taki niewyraźny jak zawsze z resztą i w telewizji nic nowego nie nadajo tylko same powtórki od rana do wieczora, od wieczora do rana – wiadomości, wywiad z dupy, prognoza pogody na przedwczoraj, Lech Wałęsa, w te i z powrotem…

On wciąga dużo powietrza do płuc
i tym razem – głosem zdecydowanym i odważnym, jak gdyby Jan
Suzin w szczycie swej formy przemówił
Hela Gut Nodołbta na Jutubie oglądałem. (tu – uchodzi z niego skumulowane uprzednio napięcie)

Ona z konsternacją ale spokojnie – I jak było?

On – A jak miało być?

Październik 22, 2009

Ciekawostki roku 1969

Zaszufladkowany do: generalnie bełkot — Beton @ 6:20 pm
Tags:
Data 1969 – dla mnie zupełnie podstawowa. Powtarzam ją ciągle… a szczególnie wtedy, gdy wypełniam jakieś urzędowe kwity – a to zeznanie podatkowe, a to zgłoszenie ZUS, a to wniosek o wymianę ryja…

Niniejsze internetowe wyświetlenie rocznikowi 1969 poświęcam.

Wasz na zawsze i tym podobny,

Beton

ps.

Te rzeczy – człowiek na Księżycu!
Gwen Stefani i Jennifer Lopez – nie chodziłem z nimi do
przedszkola. Ale przynajmniej miałem na to teoretyczną szansę.

Dzięki Ci Boże, że był ten rok, a nie żaden inny. W nocy
z 21 na 22 maja rozpocząłem dziwną podróż – w kraju Towarzysza Wiesława
(takie tam szkice do projektu 1969 – który może kiedyś… nie, że kiedyś może ale może bo nie musi, a właściwie jest, choć teoretycznie go nie ma, tzn. nic nie ma poza wstępnymi szkicami takimi, jak powyżej)

Październik 5, 2009

Studium szlifierki kontowej

biaks2W zasadzie nie nazywamy jej tak prostodusznie, prozaicznie, oficjalnie. Nie jest ona dla nas jakąś tam „szlifierką kontową”.

Teściu zwraca się do niej pieszczotliwie – Biaksik.

Podstawową cechą Baksika jest brak jakiejkolwiek użyteczności. Innymi słowy – urządzenie to, na dobrą sprawę, do niczego nie służy. Kto chce ciąć – używa piły. Kto chce szlifować – znajdzie w ofercie wolnoobrotową szlifierkę, pilnik lub kawałek papieru ściernego.

Po drugie – jest śmiertelnie niebezpieczne.

Po trzecie – działając wzbudza chaos.

Wysokoobrotowy silnik elektryczny w plastikowej obudowie, połączony prostopadle, czterema śrubkami z tarczą szlifierską. Całość obsługiwana w formie silnego chwytu ręką i naciśnięcia czarnego guziczka w obudowie. Bez żadnego zabezpieczenia – obracający się kilkanaście tysięcy razy na minutę cierny dysk. Bez żadnego systemu chłodzenia szlifowanego materiału.

Po prostu – czysta moc w twoich rękach. Gdy piłujesz nią jakiś przedmiot nieorganiczny – dajmy na to rurkę stalową – wszystko wokół wypełnia się wysokoenergetycznym dźwiękiem, snopami iskier, chmurą szarego dymu i smrodem palonej materii.

I powiew śmierci lub cierpienia wokół tego.

Początkowo lęk – bo co stanie się, gdy wyjąca maszyna wypadnie z dłoni lub nieopatrznie dotkniesz nią jakiejś części ciała. Po prostu – cała materia organiczna mająca nieszczęście spotkania się z tym badziewiem pomknie w przestrzeń z prędkością kilkunastu tysięcy bitów. Przedtem rozgrzeje się do kilkuset stopni poczciwego Celsiusa.

Potem – poczucie władzy, siły, panowania nad światem. Bo, gdy wibrujący Baksik dzierżysz w garści, nikt mądry nie zbliży się  do ciebie, nie podskoczy, nie śmie nawet pomyśleć, że mógłby się jakoś wtrącić w twoją przestrzeń.

Może dlatego Teściu tak kocha ten instrument? Z pewnością w jego hierarchii uczuć Biaksik dzielnie trzyma się przed żoną Teścia, gronem dzieci i wnuków. Taki traf, miłość i poważanie – zdarza się w stosunku do, z pozoru bezdusznych, maszyn…

Czerwiec 9, 2009

Przygoda śliweczki

„Raz jeden”, lub „jednego razu”, lub „chociażby jak gdyby”: pewna śliweczka wpadła na chwilę w gówno.

Nie powiem, żeby jej tam podobało się. W ogóle nie powiem………….. napiszę.

Napisy bowiem sprawiają mi dużą, niekłamaną przyjemność.

Powracając zaś do śliweczki…

Twardo postanowiła z gówna wyprowadzić się, jak najszybciej. Co postanowiła, tego nie spełniła. Jak bowiem małej śliweczce, bez niczyjej pomocy wyjść z wszechogarniającego gówna?

Nie była chętna do pomocy nawet muzyka jazzowa. Z resztą – co taka muzyka mogłaby pożytecznego z siebie dać?

Czuję jednak, że zbyt wiele pytań retorycznych w niniejszej wypowiedzi. Zamiast więc mnożyć pytania nie oczekujące na odpowiedź, szybkim, precyzyjnym ruchem, z użyciem osobistych dwu palcy, wyciągnąłem śliweczkę z gówna.

Miłe złego początki…, jakowoż spojrzawszy z bliska na dzieło mych rąk odczułem z razu potrzebę natychmiastowego nieodwracalnego wyrzygania się. I przystąpiłem do realizacji – ale z zastrzeżeniem: „nikomu, na buty”.

Nic to jednak nie znaczyło dla śliweczki. Czuła się wtedy na tę jedną chwilę najzupełniej wolną, choć nieco cuchnącą, materią…

Marzec 2, 2009

Aneks do umowy

Zaszufladkowany do: generalnie bełkot — Beton @ 5:03 pm

Aneks do umowy

Z dnia nieco pochmurnego, nieco słonecznego. Pachnącego popołudniem.
Zawartej w chwili będącej jednocześnie miejscem zawarcia.
Spisanej między mną osobiście, reprezentowanym przeze mnie, w dalszej części istniejącym jak najbardziej i zwanym: ja, a

Nie wiem sam kim, w dalszej części odkrywanym ale być może nie do końca, nie tak jak należy i zwanym: Zleceniodawcą

Paragraf pierwszy

Strony zgodnie ustalają, że umowa ulega zmianie.
Bo nie za bardzo wiadomo o co w niej chodzi i co ja właściwie tu robię – taki ja, taki bez potrzeby, taki…

Zleceniodawca niniejszym będzie czekał dalej na moje bardziej i bliżej dostosowanie się do ogółu okoliczności, w zakresie w jakim ja mogę te okoliczności znosić bez bólu, ale z pełną ich świadomością.

On zaczeka może chwilę, aż ja się wywiążę z moich pragnień, obietnic, niepraktykowanych praktyk.

Ja w zamian nic nie oczekuję, tylko, żeby w końcu, na końcu, coś można było robić, nie tylko zaś trwać. Trwanie samo w sobie generalnie nie jest dla mnie zbyt łatwe do ogarnięcia.

Więc proszę ładnie, by można było jednak coś robić. Tworzyć na przykład łańcuchy struktur – mogą być struktury jednolite, mogą być pęknięte. Nadawać dźwiękom kolory, a kolorom smaki, obrazom zapachy. Takie jak na przykład zapach popołudnia w znużonym słońcu.

I to obiecujemy sobie nawzajem, przyklepujemy dłońmi na ubitej ziemi.
Ten nasz znak.
I więcej paragrafów jak na razie nie trzeba.

A pozostałe postanowienia umowy pozostają bez zmian i strony będą dążyć do polubownego rozstrzygnięcia sporów.

Gdyby jednak, do rozstrzygania wszelkich kontrowersji związanych z niniejszą umową właściwy jest Sąd Ostateczny.

Podpisy:
… …

Luty 23, 2009

Palenie albo picie – wybór należy do ciebie

Zaszufladkowany do: czysta forma, obrazki z życia — Beton @ 2:09 pm
Tags: ,

szklanka z petami

Luty 9, 2009

Depresja zimowa zdeprawowanego poety: Wontroby Kapitana

Beeeel
Przerębeeeel
Jak w dziecinnym psycho-dowcipie
Taki dziś głęboki
Tak zimny
Jak Zbysław Zimny
Teoretyczny syn Wiesława
Niech mi wybaczy
Tę ciemność
I lodu łoskot nad z głowy myśli strumieniem
Mym
Nie-mym

Luty 5, 2009

Wyjaśnienie pojęcia teatrzyku „Seria wzdęć”

Zaszufladkowany do: liryka, teatrzyk "seria wzdęć" — Beton @ 7:42 pm
Tags: ,

Zamykam oczy i śpię
W środku zaś nie ma nic
Wiersz jak Skaranie Boskie

Otwieram oczy i żyję
W środku zaś nie ma nic
Proza jak wyrok śmierci w zawieszeniu

Przymykam oczy – odczuwam
W środku dobija się coś do głosu
Dramat jak seria wzdęć

Luty 3, 2009

W imieniu romana niejeden motyw (Kanał Audytywny)

wyobraź sobie, pamiętniczku, imię roman zawsze było jednym z moich ulubionych
i to niekoniecznie dlatego, że, z powodu imienia Romana Dmowskiego
Roman Dmowski i jego psychodeliczne wizje generalnie mi zwisają
szczególnie, że wszystko to było strasznie dawno i strasznie nieprawda
w każdym razie – abstrahując od tej kobiety co ich z Józefem śmiertelnie poróżniła
jest jednak wielu romanów
wartych uwagi
o – choćby
lub – na przykład
generalnie jednak piszę do ciebie by zaznaczyć, że znaczącym w moim prywatnym uznaniu jest psychoroman i jego klinika
oważ zostawia swój link i znika

Styczeń 31, 2009

Teatrzyk „Seria wzdęć” przedstawia: „I wzniosłem się na szczyt motywacji” sztukę artystyczną w jednej scenie zakończonej znienacka

Zaszufladkowany do: teatrzyk "seria wzdęć" — Beton @ 5:42 pm
Tags: , , ,

Osoby:
- Szef
- Misiu.
Szef – mężczyzna w wieku ok. 40 lat, w czarnym garniturze grabarza, siedzi za sporym biurkiem pośrodku sceny. Na biurku stoi tylko szklanka herbaty ze sporą łyżeczką.
Misiu – mężczyzna w wieku ok. 40 lat, w czarnym garniturze grabarza. Stoi przed biurkiem Szefa w odległości nie mniejszej niż na długość wyciągniętych ramion. Nogi niemal na sztywno złączone ze sobą, ręce równo opuszczone wzdłuż tułowia, mówiąc nie porusza się, jedynie kiwa się ruchem wahadłowym w przód i w tył.
Poza tym scena zupełnie pusta, światło żółtawe, raczej przygaszone, męczące dla widza chcącego znać jak najwięcej szczegółów.

M bardzo głośno i bardzo wyraźnie – Czardżowalność w okresie ostatnich 35 miesięcy średnio osiągnęła poziom zakładany przez Spółkę Matkę, a nawet – w okresach jesienno zimowych wykazywała co najmniej 5 procent wzrost powyżej przeciętnej.

S pochylony nisko nad szklanką, nie patrzy na Misia, trzymaną w prawej dłoni łyżeczką energicznie miesza herbatę, starając się przy tym nie dotykać brzegów szklanki – Mieszu, mieszu, mieszu…

M niczym nie zrażony – Mając to na względzie, zintensyfikowałem wysiłki dla podwyższenia wskaźnika czardżowalności o kolejne 5 do 10 procent – także rozpatrując w tym zakresie specyfikę czasookresów wiosenno letnich. Jak również – zgodnie z panującym w Naszej Firmie zwyczajem – przestałem bywać w domu mym rodzinnym, jeść, spać, współżyć – także w myślach, mowie i zamiarach. Zgodnie z zaleceniami kierownictwa – piłem. Niezbyt jednak dużo, by nie tracić czasu na wizyty w kiblu. Pochłonięte płyny starałem się efektywnie wydalać przez płuca, śluzówkę i skórę. Udawało mi się to w 76 procentach. Zostałem nawet w tym zakresie nagrodzony doroczną nagrodą Zarządu – brązowym orłem z liściem wawrzynu trzeciej klasy z frędzlami.

S – Mieszu, mieszu, mieszu…

M niczym nie zrażony – Osiągnięte efekty przerosły nawet moje nieskromne wyobrażenie. Wskaźniki definitywnie wzrosły, co pozwoliło Zarządowi, w planach na kolejne czasookresy umieścić przeciętne normy do niemal o jedną piątą wyższego poziomu niż poprzednio. Spotkało się to z entuzjazmem tak moim, jak i moich podwładnych, z których zaledwie dwóch zmarło, pozostali zaś starali się bezkosztowo uzupełnić powstałe w ten sposób ubytki.

S – Mieszu, mieszu, mieszu…

M niczym nie zrażony – „Jestem pudlem z Gwadelupy, nogi grube mam jak słupy”.

S – Mieszu, mieszu, mieszu…

M niczym nie zrażony – Wyniki zaś czwartego półrocza ubiegłego roku w żaden sposób nie wskazywały na obraz niniejszego miesiąca, w którym to zmuszeni byliśmy zarejestrować niestety, spadek niektórych wskaźników, szczególnie w zakresie obsługi FMCG i MRGC oraz CPTW. W związku z tym Nasz Zespół, na cotygodniowym zebraniu integracyjnym, które odbyło się wczoraj w nocy, postanowił zarekomendować Zarządowi możliwość zastosowania podstawowych cięć kosztowych w granicach powszechnie uznawanych za wyuzdane. To znaczy wysmyknięte z uzdy, jak wnoszę, choć tym razem, muszę się przyznać – nic z tego nie rozumiem, co ja mówię do Ciebie, a ty tylko tak generalnie i szczegółowo, operacyjnie mieszasz i strategicznie do mnie nic nie mówisz. Więc wewnętrznie chyba denerwuję się… Nawet.

S z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjmuje opakowanie lekarstw – jeden plastikowy listek zaspawany aluminiową folią; wypstrykuje kolejno wszystkie 10 dużych białych tabletek, na blat biurka, obok szklanki; podstawia jedną dłoń pod brzeg biurka, a drugą zmiata wszystkie tabletki do nadstawionej garści; jednym śmiałym ruchem wrzuca tabletki do ust, popija całą szklanką herbaty; odstawia szklankę – Łyku, łyku, łyku…

M – …

S – Przepraszam, cię bardzo, Misiu… po prostu łeb mnie dzisiaj strasznie, ale to naprawdę strasznie boli. Usuwali mi wczoraj przepuklinę bez znieczulenia, wiesz… w czasie podróży windą, na czwarte piętro, na spotkanie z przedstawicielami potencjalnego Klienta.

M z udawanym niby to uśmiechem – Ależ…

S – Ależ, muszę ci jeszcze powiedzieć lub… chcę ci jeszcze powiedzieć, że zwolnij się lepiej dzisiaj albo My zwolnimy cię… też dzisiaj… wiesz. Szkoda czasu na jakieś tam niuanse. Za drzwiami leży kilka starych kartonów, spakuj swoje rzeczy, oddaj identyfikator portierowi i nie zjawiaj się już. Twoja karta dostępowa do drzwi wyjściowych dezaktywuje się za 17 minut. Miło było, naprawdę… żałuję.

M – Tak. Dziękuję ci bardzo, Zbyszku.

S z leniwą irytacją – I nie mów do mnie „Ci” ani „Ty”, ani nawet „Zbyszku” – nasza Firma nie jest już dla ciebie Jedną Wielką Rodziną.

Kurrrrtyna

Styczeń 9, 2009

Teatrzyk “Seria wzdęć” przedstawia: Prokreacja, czy reprodukcja – dramat w jednej urwanej scenie

Zaszufladkowany do: teatrzyk "seria wzdęć" — Beton @ 10:45 pm
Tags: , , , ,

Osoby:
- Stalin.
- Polski Patriota – skazany na śmierć przez zmielenie żywcem w maszynce do mięsa.

Stalin – klasyczny, w szarym mundurze, przechadza się dostojnie. W ręku trzyma nieodłączny półlitrowy różowy kubek z wymalowanym Kubusiem Puchatkiem. W kubku – typowy radziecki drink – spirytus techniczny wymieszany pół na pół z towotem maszynowym, bez lodu.
Polski Patriota – ręce skute na plecach, czarna opaska na oczach. Na jego sponiewieranym ciele liczne ślady kopania ciężkim obuwiem po twarzy, przypalania kubańskimi cygarami, łapania gołymi zębami lecących kul z nagana… Stoi jednak wyprostowany, sztywny jak struna gitary.

S z typową zadumą seryjnego mordercy: – Wiecie, rozumiecie – zawsze jednego Wam zazdrościłem. (przerywa na chwilę, by zażyć pokaźny łyk napoju ze swego kubka).

PP milczy patrząc w dal, mimo śmiertelnej opaski na oczach.

S – Tak, zazdrościłem Wam, Polacy. Waszych dzieci – tych licznych, ślicznych, słodziutkich maleństw, wrodzonych w mamusię i w tatusia. Dobrze uczących się w szkole lub świetnie rzucających nożem do sylwetki biegnącego byka. Nam ludziom radzieckim nigdy nie będzie to dane…

PP – ?

S – Bo my, żydzi-komuniści uprawiamy tylko marksizm-leninizm-onanizm.

Przez twarz PP przelatuje jakby cień cynicznego uśmiechu.

przepraszam pamiętniczku, jestem z powrotem

Zaszufladkowany do: liryka — Beton @ 10:33 pm
Tags:

bądź wierny, idź…
(czy jakoś tam, jak tak fajnie Z. Herbert napisał…)

Idę, jestem wierny
Swobodny jak papierek
Spadający z wysokości 40-tego piętra
Chyboczę
I bujam na wietrze
10 metrów w prawo
4 metry w lewo
64 metry w dół
Jak nitka uwolniona z kłębka
I nic mnie nie uwiera
Nie swędzi
Nie dogryza
Nie boli
Tylko teraz

Ale niezupełnie tu
Niezupełnie tak

Słucham sobie
Szumów i szelestów
Słucham muz
I muzykantów
„Co on robi tej gitarze?!
Dlaczego w piachu ją tarza?
Dlaczego wali w beton?
Beton mocny jak dzwon
Beton ciężki jak zgon
I kruchy jak gołąbek kruchy – Russula fragilis. Gatunek niejadalny”

Nie mówię, bo nie jestem gadatliwą idiotką
Raczej piszę
Tak – piszę
Stukam grubymi palcami w klawisze
Klawisze się starzeją, ścierają, zanika ich treść

A ona wypowiada się
Że słowa mogą boleć
Że tak
I mocno
I bardzo
Acha…
Wielki koszt

Gdy otwieram usta
Moje konto w banku jęczy
Przelew idzie wprost
Na wprost
Twarzą w twarz
Okiem w nos
Nosem w tors
Torsem w brzuch
Lecz nic to
Bo
Mam w banku otwartą
Debetową linię
Więc stać mnie nie tylko na słowa
Nie tylko na kpinę
Stać mnie
Dopóki się nie położę

Październik 16, 2008

Człowiek nie wyróżniający się niczym

Zaszufladkowany do: liryka — Beton @ 12:58 pm
Tags:

Mam nieodpartą chęć wstać z krzesła
I wyróżnić się czymkolwiek
Ale ….

Lata mijają

Mam nieodpartą chęć wstać z krzesła
I wyróżnić się czymkolwiek
Kolorem beretu
Odcieniem różu na policzkach

No i cholernie mnie to podnieca
Ta nieodparta chęć
Robi mi się ciasno w spodenkach
Ale…

(dziewięć pięter nad śmietnikiem – 8 stycznia 2004)

Następna strona »

Blog na WordPress.com.