Muzułmanie co do zasady – nawet w sytuacjach skrajnych, zdając się na decyzję zaufanych lekarzy – zabraniają zabijać nienarodzonych dzieci. Dlatego my – przedstawiciele nowoczesnej cywilizacji zachodu, stworzonej na podwalinach tradycji np. Spartan (zrzucali słabych ze skały) czy Rzymian (pater familias miał prawo zabić każdego ze swej rodziny) – zabijamy Muzułmanów.
Czerwiec 30, 2011
Czerwiec 29, 2011
Melanż dnia – o opuszczaniu
Było, nie było, mam fazy w życiu, gdy czytuję nagłówki tabloidów.
Najczęściej mi się przydarza, gdy stoję w kolejce do kasy osiedlowego sklepiku, ściskając w dłoni flaszkę z kolą. Rzucam wtedy oczkiem na okładki pism wystawionych obok wejścia. I daję upust chorej wyobraźni.
Dajmy na to, puszczona na wabia, niedokończona zajawka „Lech Wałęsa wydobrzał. Właśnie opuścił …”. Ech – co on takiego opuścił, ten Lech Wałęsa (nie znam człowieka osobiście i od dawna nie śledzę jego niebywałych poczynań)?
Pierwsze, co przychodzi, do zmęczonej głowy – „opuścił spodnie”.
Tu ciąg logiczny i chora wyobraźnia produkują obraz – Wałęsa>Polak>mężczyzna>wydobrzały>opuścił>spodnie.
Nie ważne – czy celem wypróżnienia, pokazania zainteresowanym swej tężyzny czy może w bardziej wyuzdanym zakresie. Piękne – moim zdaniem.
Ciekawe, co na to sam Opuszczający (piszę z wielkiej litery, dając wyraz szacunku)?
Już nie będę roztrząsał, że w Polsce żyje z górką pół miliona ludzi, którzy płacą pieniądze by kupić durną gazetę i dowiedzieć się np. co naprawdę opuścił rzeczony celebryta…
Czerwiec 28, 2011
Melanż dnia – o sztuce przepraszania
Nie wnikając zanadto w treść kwestii związanych z ojczyznoburczymi wypowiedziami Ojca Rydzyka w Brukseli, uwagę swą skupiam bardziej na formie. Poczciwy zakonnik, rozglądając się wokoło, mimo szaleńczej obrony, jaką dają mu zwolennicy jedynie słusznej sprawiedliwościowej partii, wyczuł chyba (lub może ktoś mu po prostu powiedział), że coś tam publicznie przegiął gdy wypowiedział się obcesowo o Polsce i „Polakach”.
Starym chrześcijańskim zwyczajem więc – nie sztuką jest nagrzeszyć. Trzeba się do win przyznać, przeprosić, alleluja i do przodu. Bardzo fajnie.
Czerwiec 26, 2011
Melanż niedzielny – o trzódce
Przy niedzieli warto, o jakim kościele może. W diecezjalnym tygodniku Idziemy, Zdzisław Krasnodębski wypowiada się o uczestnictwie Kościoła w życiu publicznym i prorokuje powstanie chrześcijańskiego ruchu społecznego celem, przykładowo, wywierania nacisku na tworzenie odpowiednich w treści aktów prawa stanowionego. Wspaniałe wizje, ja dla mnie. Ale mam pewien wewnętrzny opór.
Czerwiec 25, 2011
Melanż dnia – otwarcie
W temacie „dodaj nową kategorię” zwykle najważniejszą kwestią jest dobrze zacząć. Słaby początek nie ma racji bytu – podobnie jak słaby polski mężczyzna nie potrafiący kombinować na wszystkie strony. W pradawnym hicie remizowych dyskotek Redox przekonywał „ja mam dwie lewe ręce, ale dobrze nimi kręcę, kręcę nimi w obie strony bo się bardzo boję żony„. Tak też kręcić trzeba by doskonale zacząć. Nie wnikając w pojęcie „melanż” zacznę najzabawniejszą zajawką prasową ever. Przynajmniej w Polsce, gdzie ludzie czytają, rozważają i dzielą się tekstami z tabloidów jak chlebem powszednim czy flaszką taniej wódki. „Powiesz mi, że to Fakt, powiem ci, że to obciach”:
Luty 4, 2011
Luty 3, 2011
Listopad 11, 2010
Teatrzyk „Seria Wzdęć” przedstawia: Walka płci
Scena – kuchnia, wnętrze nadal nieskomplikowane, z rodzaju – grodzone osiedle apartamentowców, gdzieś 50 km od stolicy z doskonałym dojazdem do centrum. Stół, blat, kuchenka gazowa, para taboretów Sony. Przygotowania do śniadania w stylu – miło, schludnie, duszno, niezdrowo. Przy blacie stoi Ona, w jaskrawo różowym szlafroczku. Na blacie – kot, koloru „czarny”, dobrze wypasiony. Ona dłonie ma zajęte siekaniem czegoś zielonego, co wygląda jak świeżo zamordowana sałata. Na nogach pluszowe kapcioszki pod kolor szlafroczka. Na głowie dużo, dużych lokówek we wszystkich kolorach tęczy. Kobieta jest raczej brzydka. Taka, jakiej nie chcielibyście zobaczyć w swoich najbardziej nawet odważnych przebudzeniach.
Nieco z boku, stoi On – mężczyzna w średnim wieku, średniego wzrostu, robiący ze wszech miar średnie wrażenie. Taki, jakiego można zabić łapką na komary, nie zauważając, że się nie trafiło w komara na ścianie. Stoi i delektuje się smakiem i zapachem herbaty zielonej z żeń-szeniem, wypijanej z krwawo-czerwonego kubka.
Ona głosem zachrypłym – Czy?…
On – …
Ona – … kochasz mnie jeszcze?
Tu instynktownie wbija swe palce w sierść kota, tarmosząc ją namiętnie. Kot miałczy żałośnie. Ale tylko raz. Jak gdyby wydobywał z siebie ostatnie tchnienie.
On – po lekkim namyśle – Jakże mam Cię kochać, moja droga, skoro uprawiasz tu obecnie namiętność do naszego kota?
Ona – Cóż w tym złego jest nie widzę ja nic.
On – Właśnie – mechanizm wyparcia w najzwyklejszej postaci. A taką namiętność po prostu się leczy. Dzwoni się po pogotowie i inwestuje w długotrwałą terapię indywidualną. Potem.
Ona – Ja tylko tego kota. Głaszczę.
On – Myśleć nawet nie warto. Wszakże to obrzydliwe bez najmniejszego umiaru jest. I należy z naciskiem wskazać – po prostu z kotem. Małym, bezbronnym, niewinnym futrzastym zwierzątkiem. Które nic od życia nie pragnie. Tylko żre, śpi… produkuje odpady. Gdybym wysilił się trochę. Mógłbym nawet zrozumieć przyczyny przypływu tej wstętnej sodomii jakiejś. Tak… dajmy na to – z przystojnym orangutanem. Ale… z kotem?!
O zapachu
O zapachu kupy porannej
robionej przed świtem
między jawą a snem
z pierwszym kęsem kanapki
lub ciepłym jeszcze łykiem kakao
w ustach
Rozpływając się w noso-gardła przestrzeni mrocznej
porażasz mnie wrażeniem
jak brzytwą ciętym
intensywnie nasyconym
zaiste
Treścią formy
Wysiłkiem poranka
By wstać i iść
nie zapominając o kilku podstawowych czynnościach higienicznych
przedtem
Oto i staję przed istotnym wyzwaniem.

